Archiwa tagu: muay thai

Karma to suka

Od czego by tu zacząć. Moja przygoda z treningami została tymczasowo zawieszona – powód? Wybiłem bark. Moje pasmo niepowodzeń zaczęło się od porządniejszych stłuczeń, potem mocno obity kciuk. Paradoksalnie w takich rękawicach wydawałoby się to być niemożliwe, bo są mocno usztywnione i wypełnione żelem (może balistycznym?).

W poniedziałek upomniała się o mnie karma i nie pytając mnie o zdanie postanowiła zrobić coś, co na najbliższe tygodnie zaważy o moich treningach. Podczas jednego z ćwiczeń tak niefartownie upadłem, że wybiłem sobie bark. A to wszystko mogę zawdzięczać owijkom, bowiem jedna z nich poślizgnęła mi się na parkiecie i ręka wyciągnęła się do przodu, a cały ciężar ciała spoczął na prawej ręce wyciągając ją ze stawu. Kontuzja lekka generalnie, ale dotkliwa i bolesna. Całe szczęście, że trener wiedział co robić.


Trzymaj gardę…

Wróciłem po kolejnym treningu. Przyznam, że (prawdopodobnie) nigdy w życiu nie byłem tak umordowany i obity zarazem. Dziś typowo trening wytrzymałościowy – nie pierwszy już raz mieliśmy tego typu trening, więc w sumie co w tym takiego dziwnego?! Tylko i wyłącznie to, że trening wytrzymałościowy trwał ~40 minut, z 15 sekundowymi przerwami, a potem sparingi po 1 minucie z każdym. Początkowo nic wielkiego, zwykły trening, można było robić wszystko mocno, dynamicznie, ogólnie szybko. Potem jednak zaczęło brakować tchu i sił… to już była walka z samym sobą. Trening podzielony na kilka etapów:

  1. Skakanka, kopanie okrężne (potem kolana, frontalne), bokserskie proste;
  2. Skakanka, prosty (pierw jeden, potem dwa), kopnięcie okrężne.

Po drugim etapie już nie mieliśmy siły. A tutaj jeszcze sparingi przed nami. Zajebiście było, to trzeba przyznać. Po takim okresie trenowania brakuje mi tylko odruchu powrotu ręki do gardy, albo w ogóle zasłaniania się podczas wyprowadzania ciosów. Dziś dostałem kilkakrotnie w kichawę i oko, ale pod koniec się nauczyłem już zasłaniać… Lepiej późno niż wcale, nie?! Taka mała rada – dla mnie samego: trzymaj kurwa gardę!


Boksowo, sparingowo, czyli życiowo

Jako człowiek dość zamknięty w sobie nie mam tendencji do dzielenia się ze światem swoimi przeżyciami. A może poniekąd czas to zmienić? Z racji na fakt, że nie posiadam jakoś większych chęci ostatnio by wziąć się za techniczny wpis, to postanowiłem, że może rozpocznę pisać swoje przemyślenia, a może i życiowe zapiski. Wszakże blog ten powstał również w tym celu – Zachowywacz myśli.

Na przełomie lutego i marca 2012 rozpocząłem swoją przygodę z Muay Thai. Jest nawet pewna rymowanka z tym sportem, która brzmi:

Dziwki, koks, tajski boks.

W życiu nie trenowałem żadnych sztuk walki, szło się na żywioł. Doszedłem do etapu i pojawił się pewien „motywator„, który napędził mnie w kierunku treningów. Zapisałem się i trenuję do dziś. Początkowo były to treningi ogólnorozwojowe. Dochodziła coraz to nowsza technika, coraz więcej ćwiczeń, wygibasów gimnastycznych, aż w końcu… sparingi.