Ledwo się poznaliśmy, a już nie żyje…

Dziś Roger załapał, a właściwie uczepił się go, jak rzep psiego ogona nowy znajomy. Dzięki zasobom internetu udało mi sie ustalić na podstawie zdjęć jego facjat imię i nazwisko – zwie się Rhipicephalus sanguineus. To jakiś obcokrajowiec… hm… nie mamy pewności, gdzie on był, ani gdzie się szlajał poprzednimi dniami. Pewne jest, że póki co czeka aż się nim zajmę i czyta właśnie, co o nim piszę. Fajny z niego koleś, aczkolwiek małomówny i problem w tym, że nie rusza się od jakiejś godziny – czyżbyśmy go uśmiercili przez przypadek? Oby nie :( .

Mowa oczywiście o kleszczu – gatunek, o którym mowa, to potocznie zwany kleszcz psi, który w przeciwieństwie do innych kleszczy nie jest nosicielem Boreliozy, a zarazem stołuje się głównie na czteronożnych futrzakach. Zauważyłem go stosunkowo niedawno, a wnioskując po jego rozmiarach zaczął stołować się dopiero dzisiaj, a swe osądy argumentuję tym, że nie jest okrągły, a jest dość suchy ;) – cokolwiek to by mogło znaczyć, mam tu na myśli tylko i wyłącznie to, że nie jest nażarty.

Na szczęście preparat, którym spryskujemy Rogera okazał się na tyle skuteczny, że nawet bez naszej ingerencji kleszcz nie żyje – myśmy, a właściwie mój ojciec tylko go wyciągnęli, a następnie przetarliśmy (ja ;) ) Rivanolem – zgodnie z tym, jak powinno się usuwać kleszcza.

Przyznam szczerze, że jest to moja pierwsza tak bliska, a zarazem tak długa konfrontacja z kleszczem. Nigdy wcześniej nie widziałem kleszcza na oczy, a sam nigdy takowego nie miałem nawet. Kto wie, może otworzę hodowlę? Byliby chętni na kleszcze w klatkach? Udomowiłoby się je, nauczyło sztuczek. A może kiedyś zoo? ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Roger, Z życia i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Ledwo się poznaliśmy, a już nie żyje…

  1. John Cooper pisze:

    Brzydzę się kleszczami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*