Miesięczne archiwum: Kwiecień 2010

Największa polska przeglądarkowa gra on-line od Gadu-Gadu?!

Spokojnie, nagłówek jest bardzo, ale to bardzo przesadzony. Polski dystrybutor (bo takim mianem można by określić funkcję Gadu-Gadu) gry zapewnia w swym oficjalnym wpisie, że jest to „największa polska gra on-line w polskiej sieci” (czytaj: Ruszyła największa polska gra on-line w polskiej sieci). Nie wiem, kto w tej firmie odpowiedzialny jest za badanie rynku i formułowanie tego typu stwierdzeń.

Na pierwszy rzut oka i dla ludzi kompletnie nie będących w temacie – zgoda, jest to coś nowego. Zgodnie ze statystykami z komunikatora korzysta 10 milionów użytkowników, a każdy z nich jest automatycznie potencjalnym graczem. Na starcie daje to już silną pozycję gry. Nie chcę wchodzić jakoś szczególnie w sfery techniczne pod tytułem – jak to jest zrobione, bo się nie znam na tym. Prawda jest taka, że gra ta nie jest jakoś bardzo przełomowa. Nie wnosi nic szczególnego, czego nie mają zagraniczne tytuły mówiące po Polsku.


Awans na stanowisko eksperta zaradni.pl

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak po jednym dniu dowiedziałem się, że nadano mi rangę eksperta w portalu zaradni.pl. Proces ten miał z założenia trwać kilka dni, co uświadomiłem sobie po otrzymaniu wiadomości, że wszyscy muszą zweryfikować moje podanie. A tu masz! Jeden dzień i mogę sobie pracować z dumną rangą.

Długo wahałem się przed samą rejestracją w portalu, jak to? Płacą za to, że coś napiszę i ludzie to przeczytają? Straszliwie dziwne się to wydawało. Miałem już doświadczenie z tekstami komercyjnymi, gdzie „zlecano” napisanie tekstu. Ale tutaj? Totalna frywolność – kiedy chcesz, to piszesz. Nie ważne, jaki poziom jest tej porady (dla początkujących, czy dla zaawansowanych użytkowników) – genialne!

Teraz zastanawiam się tylko – dlaczego tyle zwlekałem z rejestracją, przecież mogłem już od jakiegoś czasu dorabiać sobie na własną rękę pisząc coś, co może się komuś przydać, a dla mnie nie jest to nic nadzwyczajnego. Nie wiem, dlaczego tkwi to w naszej mentalności, że boimy się eksperymentować, zwłaszcza z rzeczami, które są dla nas nowe i niezrozumiałe.


„Żałobna” cisza…

Koniec żałoby, koniec teatrzyku, koniec… brak mi słów już do tego wszystkiego. Z racji na żałobę narodową, powstrzymywałem się od wszelakich komentarzy dotyczących tego tematu, uważałem że byłoby to całkowicie nie na miejscu. Ale w końcu, po tygodniu czasu żałoba się zakończyła, a wewnętrzna burza prawdopodobnie dopiero teraz się rozpocznie.

Stała się Państwowa tragedia. Obywateli Polski poruszyła wiadomość, że zginęła taka elita narodowa. Straciliśmy prezydenta, dowódców wojskowych, kandydatów na prezydenta, itd. Nie ukrywam, że mnie również sobotnie wiadomości poruszyły. Początkowo podchodziłem do tego z dystansem – ktoś pewnie znowu sobie głupie jaja robi i podpisze to Ruskom. Jednakże z minuty na minutę, gdy częstotliwość publikowanych, zatrważających informacji stawała się coraz to bardziej przytłaczająca, uświadomiłem sobie, że to jednak nie są „jaja”…

Żałoba ustanowiona przez marszałka sejmu (Bronisława Komorowskiego), która miała potrwać tydzień była jak najbardziej uzasadniona i zrozumiała. Zginęło wiele głów, a on sam w przeciągu jednego dnia musiał objąć wszelkie „zaszczyty” głowy państwa. Od 10 kwietnia 2010, do 16 kwietnia 2010. Każdy spekulował na ten temat, że jest w porządku, że zginęło tyle osób ważnych – decyzja jak najbardziej na miejscu.


FOR prntscr DO copy URL to clipboard

Zapewne większości z Was niewiele mówi ten nagłówek. Pozostałym, coś na nieskładna składnia może mówić, ale też nie do końca. Już postaram się wytłumaczyć na tyle, na ile to możliwe.

Każdy z nas, a jeśli nie każdy to większość ma styczność na co dzień ze zrzutami ekranów (z ang.  ScreenShot). Programów udostępniających podstawowe możliwości wykonywania czynności zrzutów ekranu jest masa. Począwszy od najzwyklejszego klawisza PrtScr, który „udostępnia” nam jedynie opcję zrobienia zrzutu i przechowania w systemowym schowku (owszem wyjątkiem są dystrybucje Linuksowe, które po wciśnięciu tego klawisza „odpalają” program do zapisu tych zrzutów – nie wszystkie dystrybucje), by następnie wkleić go do programu graficznego, zapisać i wysłać na jakiś hosting, bądź choćby e-mailem.

Są również te bardziej i mniej rozbudowane programy, które poza podstawowym przechowaniem pliku w schowku dają możliwość jego automatycznego zapisu w wybranym przez nas formacie, zdefiniowanym miejscu na naszym dysku twardym, czy inne mniej, lub bardziej przydatne opcje. Z programów tego typu mogę polecić (wypisuję tylko te, które używałem):

  1. MWSnap autorstwa Polaka – Mirka Wójtowicza. Był to pierwszy program do zapisu zrzutów ekranowych, z którego korzystałem.  Posiada on możliwość zrzutu całego ekranu, aktywnego okna, czy też zdefiniowanego przez nas obszaru – do pliku. Mamy możliwość wyboru interesującego nas rozszerzenia/formatu graficznego. Niestety, większość opcji jakie posiada ten program, nigdy mi się nie przydały.
    Licencja: Freeware
    Język: Polski
    Platforma: Windows 98/Me/NT/2000/XP/Vista/7
  2. Gadwin PrintScreen. Program ten posiadał na pewno mniej zbędnych ustawień. Był mniejszy, a zachowywał równocześnie swą funkcjonalność. Długo z niego korzystałem. Dawał możliwość zrzutów całego ekranu, aktywnego okna oraz sztywno zdefiniowanego obszaru. Jest również możliwość wyboru rozszerzenia/formatu zapisywanych plików. Polecam ten program.
    Licencja: Freeware
    Język: Polski
    Platforma: Windows 95/98/Me/NT/2000/2003/2008/XP/Vista/7
  3. HyperSnap-DX. Wprawdzie był to pierwszy program, z którego korzystałem, jak byłem jeszcze młody i głupi, a wszystko co płatne = najlepsze. Dorosłem, zmądrzałem. Za dużo opcji – dla mnie obecnie jest kobyłą. Nie udostępnia nic, co by mi się przydało, a do tego chcą by za niego płacić. Dlaczego nie jest w takim razie, jako pierwszy?  Bo jest płatny ;).
    Licencja: Shareware
    Język: Polski
    Platforma: 98/Me/NT/2000/XP/Vista/7

Konkurs/FlakTest KrainaHerbaty.pl #4

Od rana nie mogłem się oprzeć, by nie wypić Rafy Koralowej – od początku nie dawała mi spokoju. Nawet bez otwierania opakowania czuć było, że jest tam jakaś bardzo smaczna bomba. Najbardziej spośród aromatów wyróżniał się ananas, a woń samej herbaty roznosiła się już po kilku minutach po moim pokoju. Postanowiłem ją zostawić na sam koniec flaktestów, ale niestety… nie dawała mi spokoju, śniła się po nocach, wędrowała piękna, powabna po alejkach mej wyobraźni – jak to może smakować? – zastanawiałem się.

Postanowiłem! Nie dam się już dłużej zwodzić, poddałem się, uległem tej herbacie. Wziąłem się w garść, poszedłem zagotować wodę, wlałem wrzątek do kubka, odstawiłem na 2 minuty. Zegar tykał, herbata wolała – wyyyyypiiiij mnie, zjedz me kawałki, poczuj to. Cały w nerwach nie miałem już sił opierać się tej rozkoszy. Zasypałem wodę 1 łyżką, ale herbata kusiła jeszcze połową. Dodałem – jak się „spidować” to na całego.